No cóż. Zima w pełni rozkwitu. Gdzie by tu pojechać na weekend?
Tym razem postanowiliśmy, że będzie to Korbielów.
Ostatnio byliśmy tam dosyć dawno temu, więc odwiedzimy go ponownie.
Już od początku się nie układało i należało to uznać za przestrogę.
Nasz stary skład wycieczkowy nie dopisał. Pogoda była paskudna i ogólnie
wyjazd zapowiadał się byle jak. Jak się zapowiadał, takim pozostał.
Pojechaliśmy tylko we dwoje, ale tym się mocno nie smuciliśmy.
Toć zrobiliśmy ładnych kilkadziesiąt tysięcy kilometrów tylko we dwoje
i doskonale umieliśmy zorganizować sobie bardzo fajne wypady.
Niestety, tym razem to była jedna wielka porażka.
Po zajechaniu na miejsce okazało się, że możemy tylko pomarzyć o campingu,
ponieważ takich wynalazków tutaj nie ma. Postój na podwórku u jakiegokolwiek
gospodarza okazał się niemożliwy z powodu trudności z wjazdem takim autem.
Pozostał nam tylko parking. Ponieważ zajechaliśmy wieczorem, mogliśmy wybrać
sobie miejsce postoju, co było rzeczą ważną jeżeli chcieliśmy spokojnie wyjechać
z parkingu przy takich warunkach atmosferycznych, jakie były, czyli przy odwilży.
Na parkingu stało tylko kilka samochodów.
Przespaliśmy noc, licząc na poprawę pogody na drugi dzień.
Ale jak mówi przysłowie: "Umiesz liczyć, licz na siebie". Tak też było.
Pogoda mało, że się nie poprawiła, to jeszcze się pogorszyła. Padał obfity. mokry
śnieg z deszczem, który rozpuszczał się tworząc breję. Warunki narciarskie żadne.
Próżno też liczyć tu na jakieś rozrywki poza pójściem do restauracji.
Mój staruszek zaryzykował zjazd na nartach, ale wrócił szybko cały przemoczony.
Rozważaliśmy przeniesienie sie na drugą strone granicy. Odległość niewielka, bo
chyba coś około 7 kilometrow, ale nie chciało nam się ruszać z miejsca.
Przestawiliśmy campera bliżej wypożyczalni nart, gdzie bardzo miły wlaściciel
pozwolił nam podciągnąć prąd.
Oglądaliśmy filmy, posypialiśmy i nudziliśmy się niemiłosiernie. Wypatrywaliśmy
momentów, kiedy opady deszczu ze śniegiem były mniej intensywne i wypuszcza-
liśmy sie na krótkie spacery w okolicach campera. Długo nie dało się spacerować.
Po zamknięciu wypożyczalni gawędziliśmy sobie z pracownikiem i to była cała
nasza rozrywka. Nie liczę, oczywiście, spożywania obiadu w restauracji.
Na szczęście jedzenie było pyszne, a miła pani barmanka załatwiła nawet moje
ulubione wino, ktorego nie miała, a które pożyczyła z innej restauracji.
Ucieszyłam się kiedy nadszedł czas wyjazdu. Pozrywaliśmy sople, którymi zarósł
cały samochód i z odczuciem ulgi udaliśmy się do domu.
Może następny wypad będzie szczęśliwszy. Nie tracę wiary.